|
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Wczorajszego wieczoru i dzisiejszego poranka nie mogę zaliczyć do udanych. Na domiar złego, gdy wracałem z miasta spotkań w pociągu nie działało ogrzewanie (oczywiście jak jesień to zabija plemniki, ale w zimę musi być awaria - muszę chyba machnąć o tym oddzielny tekst) a -15 stopni to przecież nie Copa Cabana w lipcu. Podróż dzieliłem z pewną Panią, która cały czas ciamkała (jak w dniu świra-1), tak urwał nać głośno, że nawet podczas jazdy dźwięk ten wbijał mi igły w mózg. Byłem na skraju podjęcia decyzji o wyrwaniu półki spod okna i jebnięcia nią między górną a dolną szczękę, co by zakończyć ten niecny proceder. Naprawdę nic nie wskazywało na to, że moje samopoczucie się poprawi. Jednak podczas przeglądania Internetu trafiłem jak mi się wydaje na odpowiedź, której szukałem od wielu miesięcy. Dotyczyła ona zjawiska, którego doświadczamy każdego dnia, którym się „jaramy” i wszyscy bierzemy udział w jego rozprzestrzenianiu. Coś co jeśli się mniej lub więcej naciągnie, może być nawet tematem pracy magisterskiej i to jak mi się wydaje bardzo oryginalnej. Będę tym żył do czasu, aż promotor sprowadzi mnie na ziemie (albo faza minie i stwierdzę, że po co;). Co z tego, że już powinienem mieć połowę pracy a ja tu się jaram alternatywą do mojego tematu, ale na chwile obecna o to nie dbam. Wystarczy, że czuję inspiracje i wszelkie inne problemy, chociaż na chwilę odeszły na dalszy plan. Po południu miałem taki sympatyczny nastrój (jak po energy drinku;), którego jednak dopiero teraz otworzyłem), że nawet ludzie w kolejce do kasy w polo markecie mnie nie wkurwiali… Chociaż na mięsnym jak mnie tyrpała babina wózkiem (jak w dniu świra-2), to już chciałem jej coś werbalnie przekazać, ale zgodnie z zasadą „niech no zrobi to jeszcze raz…”- czekałem na to. Miała jednak szczęście bo już mnie nie dotknęła… w sumie przecież spokojny jestem i mój lęk społeczny też ostatnio jest w normie, więc nie szukam konfliktów chodząc po supermarketach, aby dawać zrzędliwym staruszkom powody by mówić: „jaka ta dzisiejsza młodzież jest niewychowana”. W chwili obecnej czuję się trochę wyeksploatowany dzisiejszym dniem. No cóż, jak się idzie z laptopem w torbie po zlodowaciałej ścieżce to poziom adrenaliny odpowiada nawet temu towarzyszącemu nocnej, samotnej przechadzce po nieoświetlonej drodze koło klubu dla gejów… Fajnie, fajnie ale czas się przygotować na jutrzejsze dwa ważne pojedynki: Polska – Ukraina i Polska – Maghreb a wbrew pozorom nie są to łatwe „mecze” :D
poniedziałek, 18 stycznia 2010
środa, 23 grudnia 2009
Zastanawiam się, czy to już jest stan agonalny nieróbstwa. Co prawda, posprzątałem co miałem na święta. Jeśli jednak chodzi o wysiłek intelektualny, to czuję się podle. Muszę się uporać z blokadami w mózgu wypierającymi myśl o konieczności pisania pracy dyplomowej, która zmobilizowała by mnie do działania. Poza tym ostatnie tygodnie są ... yyy jakieś dziwne. Ostatnio wieczorami podróżuję po mej karierze melomańskiej, co uaktywnia mi w głowie stany emocjonalne sprzed lat. Fajnie, fajnie. Czekam co to się wydarzy w następnych dniach. Bo mój "wewnętrzni horoskop" mówi, że będą to dni kluczowe. Chyba, że te antybiotyki tak na mnie wpływają. Ale trzeba, żeby z Ostravą przywitać nowy rok (hurra jeszcze niecale 3 lata do końca!!). Idę przed blok w końcu kupić prezenty świąteczne. Jak patrzę na zaje....ny parking o tej godzinie to nie chcę myśleć co będzie wieczorem... A czeka mnie wtedy rola tragarza. dooobra. Idę do wanny, bo kadzidło się skończyło i wyjść muszę kiedyś też.
czwartek, 03 grudnia 2009
niby mam tekst z wczoraj ale go nie skończyłem i dam później bo: -jestem chory -podpity (tylko dlatego ze chory) -nie mam co robic, ale nie aż tak zeby myśleć nad tym co myślałem wczoraj ;) Jednakże oglądając słynną odwrotnie motywującą stronę www, która pomimo wielu naprawdę ciekawych wstawek, wywołuje we mnie w znakomitej większości przypadków zażenowanie porównywalne do tego, gdy ktoś w szansie na sukces śpiewa i jest tak chujowyyyy, że pomimo tego, iż go w ogóle nie znasz i widzisz pierwszy raz to się wstydzisz za niego i chcesz schować głowe pod poduszkę. Oczywiście tłumaczę to (moje obiekcje względem wstawionych demotywatorów) albo różnicą wieku, w celach życiowych, zasadach moralnych albo poprostu tzw. poczucia humoru, a "powszechnie wiadomo", że moje jakie by nie było czasem "trywialne" (tylko w cudzysłowiu bo w istocie takie nie jest ;), to zawsze jest na poziomie conajmniej top player (na trzeźwo/półtrzeźwo). Myślę, że te całe punkty czy coś jest mocne czy słabe bardzo dobrze obrazują poziom wyrafinowania gustu danego czytelnika/widza(?). I tak można dzięki nim zaobserwować wiek, buractwo, loserstwo, powodzenie u płci przeciwnej, niby luz uważających picie alkoholu za wartość samą w sobie, upośledzonych społecznie ścisłowców którzy swój brak umiejętności w kontaktach interpersonalnych nadrabiają wywyższaniem sie ponad humanistów, słodkich misiów mamusi (specjalna kategoria:) czy nawet cierpienie na nadwrazliwą patetyczność wywołującą niesmak u przecięnego średniokreatywnego człowieka ( ahh miałem się pofatygować wybrac odpowiednie przykłady do powyższych roboczych jednym tchem bez refleksji wymyślonych kategorii ale zostawie to na jutro, pojutrze juz na bank) no dobra teraz juz jestem naprawdę podpity, ale za to już mniej chory. Jednak zdaję sobie sprawę, że bardziej nudny niż zwykle, toteż najwyższy czas zakończyc tą farsę... ale chwilkę.. Patrzę na współokatora, ktory mnie dziś chciał zbić w nerwach, że "rzuciłem w niego z całej siły jaśkiem (nie poduchą ani nawet nie poduszką ale poczciwym jaśkiem)" i teraz przegrywa w managera i stroi srogie miny. Mi też przykro, że się nie udaje, ale muszę mu za coś podziękować. Dzieki niemu zdałem sobie sprawę jak straszne jest uzależnienie od piłkarskich managerów i teraz mam blokade na wszelkie zjawiska wirtualnego zarządzania klubami piłki kopanej. Mam za to więcej okazji na inne przejawy trwonienia czasu, które nie są tak smutne z perspektywy obserwatora, a sam się podobnie zachowywałem (no może od 1-10 tego co widzę to na 4-5 ;) Na koniec zadam pytanie sam do siebie? co ma tytuł do tekstu, który tu spłodziłem? no nic ale lubie Dzień Świra. Bardzo! i bardzo bym nie chciał zostać Adasiem M... Bardzo...
wtorek, 01 grudnia 2009
jednak nie jest tak kolorowo. Diego ściągnął album zżynających bitboxerów z mam talent i puszcza mi tu tańcząc i zapalając zapalniczki. Szkoda, że biblioteka zamknięta... Jak zwykle, gdy muszę juz serio wziąć się za nauke to: 1. trwoga i 2. do bloga. Jak źle się stało, że ponoć się "zobowiązałem" ( "nie wiesz... to uwaga wszyscy. Przemek nam za tydzień omówi metode dokumentarną...") i musze jakieś brzydkie rzeczy przyswoić i sie nie skompromitować ( w sumie nie robi mi, ale nie wypada na koniec skoro w czerwcu obiecałem poprawe Pani mgr ). Z tego powodu wzięło mnie na internetobnażanie. Ewidentnie nie daje sobie rady w tym pokoju z dwoma socjopatami i chyba będę musiał sie zorganizować i chodzić do biblioteki by w spokoju robić to od czego tu jestem... Dziś na drodze do nauki musiałem pokonać nie lada rywali FM'a, PES'a i Civilization IV. W końcu się udało... Jednak to nie wszystko: po wypiciu Burna pojawił się kolejny problem... faza na muzyke z jutjuba : i
i oczywiście ;) dosyć! no dobra ... jeszcze tylko raz. HMM: UWAGA! UWAGA! Wiadomość z ostatniej chwili: nie ma w czwartek zajęć, na które miałem się przygotować!!!! Wieść przekazała mi serdeczna koleżanka Dominika ( http://czarno-bialo.blogspot.com/ ) także bumelant ma zwykle szczęście i moja czterolistna koniczyna na szyi robi swoje. Chcę częściej mieć swoje szczęśliwe dni ;) a ja również mam swoje do roboty bo jestem to winien mojemu pęcherzowi za wypicie 0.5l Burna pa!
środa, 25 listopada 2009
- napisać coś na blogu - zacząć pisać magisterkę - przestać pić alkohol - ogarnąć się - dorosnąć - zostać gwiazdą rocka - wyrosnąć z umiłowania polskiej piłki - przestac słuchać 36. raz jednego kawałka pod rząd - obejrzeć 3. serie californication - REGULARNIE biegać - nie jeść tostów - gardzić biernością
i iść do chińczyka na zupke !! krótkie, próżne, słaba forma, gorsza treść ale jest ;)
piątek, 28 sierpnia 2009
W życiu każdego człowieka przychodzi czas, że mimo tego iż uważa się za jednostkę nonkonformistyczną, czasem zbuntowaną a już na pewno oryginalną i wyjątkową, musi czasem zachować się tak jak inni np. wyjechać na wakacje nad morze. Ja co prawda jestem niezbuntowanym konformistą i to naprawdę nie ma znaczenia ale dziś wreszcie wyjeżdzam po ciężkiej praktyce dziennikarskiej, gdzie poznałem co to są układy, płatna protekcja, twarde narkotyki a wciąż nie wiem jak się robi espresso ;). Mniejsza z moimi fantazjami. Najbliższy tydzień będzie przebiegał pod znakami (kolejność BARDZO przypadkowa): nauki na egzamin ( jak się skręca kostkę to trzeba pokutować :), odpoczywania, ratowania świata, i wykonywania czynności, które się zwykle wykonuje w czasie wizyty wypoczynkowej w tych rejonach turystycznych. A tak na poważnie życzę sobie i wszystkim, którzy wchodzić będą ze mna w interakcje w ciągu najbliższych kilku miesięcy ( bo później i tak będe wk****jący ;) abym nabrał sił by stawić czoła zadaniom i przeciwnością losu, które mnie nie długo czekają ... No dobra powyższy pathos też był ironiczny... Teraz już naprawdę na poważnie: papa
wtorek, 25 sierpnia 2009
Ykhm.... Nadszedł ten moment - 1. opublikowany tekst w gazecie podpisany moim imieniem i nazwiskiem! Może nie jakiś wielce ambitny (Stachursky - mówi samo za siebie;), ale lepsze to niż 1. udane przyrządzenie espresso ;). Oczywiście byłem taki leniwy (albo poprostu skromny), że nie napisałem wcześniej o tym mimo, iż dzieło me ukazało się już w zeszłą środę, czyli w pierwszym wydaniu za mojej kadencji (gazeta ukazuje się 3 razy w tyg). Pewnie bym nawet nie wiedział o tym, gdyby nie telefony od znajomych, że jestem w gazecie (tak tak, niektórzy jeszcze kupują gazety, ale moich częstochowskich znajomych o to nie posądzałem). W dalszej części zeszłego tygodnia pojeździłem po uroczystościach z ciastami i tortami i wygenerowałem kolejne 3 teksty, które siadły na piątkowe wydanie (jestem gwiazdą! Co z tego, że 2 osoby na urlopach i nie ma kto pisać;). Na poniedziałek natomiast poszło moje główne dzieło, które zajeło całą strone! (hoho) i nad którym siedziałem ładnych pare godzin pełen młodzieńczego zapału ( naprawdę nie wiedziałem, że jeszcze go mam w sobie. Mimo moich 10 lat przed chrystusowym wiekiem lat, nie raz mi go brakuje - zepsute, zaduzomajacewdupie pokolenie) z wypiekami na twarzy. Niestety nadszedł gorszy dzień... wczoraj umówiłem się z dwoma koleżkami na bilard. No i skonczyło się ostrą pijatyką do 3 rano (przecież nie specjalnie zgubiłem telefon i musiałem wysiąść z tramwaju go szukać - tak znalazłem). Dziś, więc było słabo. W redakcji ludzie powracali z urlopów, więc miałem prawo sądzić, że pozostanie mi siedzenie w bezruchu na megaskrzypiącym krzesełku i kombinowanie żeby wyjść "poszukać weny". Los (albo jehowcy, lub...eee daruję sobie) chciał (chcieli), że dzisiejszego dnia w mieście odbyło się pewne doniosłe wydarzenie (nie, to wczoraj przejechał tramwaj starszą kobiete) i musiałem dwukrotnie się stawić (wstawiony) tam , a tu blokady pielgrzymkowe, wydłużająca się konferencja a deadline o 17. W domu byłem o 16, kac nadal ze mną, nie dałem rady. Wysłałem o 50 min później... i jakościowo nie za wysokich lotów. Ciekawe czy będzie ruganie, z drugiej strony mam całkiem mocne argumenty na moją obronę. Dobra. Pochwaliłem się, więc już mogę się oddać szlachetnemu nicnierobieniu.
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
W zeszły czwartek nagle stwierdziłem, że warto by było wziąść się za poszukiwanie praktyki, skoro poprzednia opcja okazała się przerażająco nudna i średnio mnie chciała. W mieście powiatowym Częstochowa są niby dwie agencje zajmujące się PR. Jedna nie odpowiedziała. Z drugą się nie kontaktowałem. No cóż, czas spróbować w lokalnej prasie. Wszedłem sobie na google i wyszukałem adresy pobliskich redakcji. Wszedłem do pierwszej: Przedstawiłem się pokazałem moje mizerne ale niby nie najgorsze cv (zresztą co to za znaczenie jak to tylko praktyki, a mimo wszystko nie mieszkam w Kietrzu). Jak już wyczułem, że jest opcja, użyłem reguły zaangażowania i konsekwencji. "Zależy mi na tym by jak najszybciej zacząć, gdyż od połowy września mam następne praktyki. Może od poniedziałku?". Widocznie nie było problemu, bo zostałem zaproszony właśnie na początek tygodnia, ponieważ dużo osób na "fajrantowe" poszło... Jest poniedziałek. Przychodzę. "Dzień Dobry". "O dobrze, że jesteś. Pójdziesz na spotkanie z prezydentem miasta i porobisz zdjęcia". "A fajnie... to nie robić kawy?" - miałem powiedzieć, ale się powstrzymałem. Już wiedziałem, że mogę się tu czegoś przez te dwa tygodnie nauczyć...bynajmniej nie chodzi mi umiejętność robienia espresso ;) Wracając ze spotkania, na którym miałem okazje obserwować na żywo częstochowską elitę władzy... hohoho. W sumie na pewno ciekawa lekcja. Wracając do redakcji z kilkoma "nie za bardzo" zdjęciami dostałem prezent urodzinowy od losu: całe 10 zł czekało na chodniku, abym to ja je znalazł. Miło... W redakcji otrzymałem następne zadanie. Wymyśl sonde i ją przeprowadź. Razem ze zdjęciami respondentów. No to wymyśliłem kilka, z których ostał się jeden: Czy uważa Pan/i, że w Polsce powinno zakazać się palenia tytoniu w miejscach publicznych?. No i zrobiłem. Dziabnąłem w 2 h kilka osób, z których 4 mi pozwoliło się sfotografować...z trudem...Wróciłem, zredagowałem i do domu. Nie, te dwa tygodnie to chyba nie będzie tylko parzenie kawy... |